środa, 7 września 2011

Irlandia - Anglia

Kilka moich przemyśleń związanych z ostatnim meczem tych reprezentacji (tak, wiem, to było już dawno temu, ale dopiero dzisiaj udało mi się to obejrzeć, a jeszcze nikt o tym nie pisał). Mecz nie stał na najwyższym poziomie, dodatkowo około 60 minuty zaczęło lać jak z cebra, co jeszcze pogorszyło sytuację. Irlandczycy potwierdzili, że są w tragicznej formie i przegrali czwarty mecz z rzędu. Nie pokazali absolutnie nic, co mogłoby choćby trochę rozwiać przerażenie fanów, którzy martwią się o swój zespół. Try-line Anglików nie był ani przez chwilę zagrożony, a oni sami mieli spotkanie pod kontrolą od pierwszej do ostatniej minuty. Jednak nie ma się co dziwić, bo jedyne punkty jakie zdobyli gospodarze pochodziły z karnych Ronana O'Gary. Tym bardziej, że już w szóstej minucie przyłożenie dla Anglii zdobył najmłodszy z 7 braci Tuilagi - Manu. Chłopak wprowadził nową jakość w środku pola w reprezentacji Albionu i ma wielkie szanse zostać odkryciem RWC 2011. W drugiej połowie przyłożenie dołożył Delon Armitage i było po meczu.

Irlandia nie zaprezentowała nic, co mogłoby przekonać ekspertów, że mają szanse osiągnąć coś więcej niż wyjście z grupy - mimo, że grali bez O'Driscolla, wydawało się, że nie podjęli nawet walki, a dodatkowo stracili w tym meczu swoją siódemkę - Davida Wallace'a, który wypadł na około sześć miesięcy.

Anglia natomiast zagrała bardzo topornie i męcząco dla oka. Mimo, że próbowali grać szybką piłką, często im się to nie udawało i kończyło się na kolejnej taktyce z serii pick-and-go. Backline potrafił stworzyć dobre okazje, jednak kończyło się zwykle na tym, że ktoś z młyna przejmował piłkę, a potem ta była zbyt wolna. Jeśli Anglicy znacząco nie poprawią swojej gry, będzie im ciężko choćby zbliżyć się do drużyny z 2007 roku, o 2003 już nawet nie wspominając.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz