czwartek, 25 sierpnia 2011

To się nazywa dyscyplina!

Zawieszenia za bójki, czy obrażanie przeciwnika lub sędziego są obecne w każdym sporcie (nawet piłce nożnej) - i jest to całkiem normalne, bo nie dość, że nie ma nic wspólnego ze sportem, to jeszcze daje bezgranicznie oddanym fanom zły przykład. Ale zdarzają się też przypadki wysyłania kucharza na konferencję prasową, co zdaje się z szacunkiem do fanów nie ma zbyt wiele wspólnego.

Z zainteresowaniem więc przeczytałem informację, że James O'Connor, coraz bardziej świecąca gwiazda australijskiego rugby, został ukarany odsunięciem od składu na decydujący mecz Tri Nations z Nową Zelandią, z powodu... nie pojawienia się na porannej konferencji prasowej i prezentacji zespołu. Sam zawodnik tłumaczy się zaspaniem z powodu zmiany strefy czasowej (wcześniej reprezentacja grała z RPA w Durbanie), ale podobno tabloidy widziały go wychodzącego z kilku barów w noc poprzedzającą nieszczęsną konferencję. Dodatkowo niepewne jest jego miejsce w wyjściowej jedenastce na RWC...

Może O'Connor kupił sobie w Durbanie telefon z Androidem i nie wiedział, że budzik nie działa jak się wyłączy telefon?

sobota, 6 sierpnia 2011

Quade Cooper zawiódł

Dziś rano w Nowej Zelandii odbyła się próba generalna przed przewidywanym finałem RWC2011. Oczywiście do finału jeszcze daleka droga, ale jeśli prześledzić możliwe wyniki i drabinkę turniejową, istnieje spore prawdopodobieństwo że Nowa Zelandia w finale zmierzy się z Australią.

Dziś rano (9:35 polskiego czasu) rozegrano w ramach TriNations mecz o Bledisloe Cup.

AllBlacks zaczęli ostro i po piętnastu minutach prowadzili 10-0 dzięki karnemu Cartera i podwyższonemu przyłożeniu Ma'a Nonu. Przed przerwą przyłożył jeszcze Keven Mealamu i do szatni AllBlacks schodzili prowadząc 17-0, mimo że to Wallabies mieli zdecydowaną przewagę zarówno w terytorium jak i w posiadaniu piłki. W obronie NZ błyszczał Dan Carter, a Brad Thorn i Kieran Read szarżowali zawodników Australii jak demony.

Na początku drugiej połowy Australia zdobyła przyłożenie, którego autorem był Will Genia do spółki z Kurtleyem Beale'm, a kropkę nad i postawił Digby Ioane. Wydawało się, że Australijczycy mogą jeszcze wrócić do gry, ale prosto z restartu piłka trafiła najpierw do Conrada Smitha, który obsłużył idącego mu w sukurs Sitiveni Sivivatu i było po meczu. Carter dołożył drop gola i karny i było 30-7. Wprawdzie pod koniec przyłożenie zdobył jeszcze kapitan Wallabies - Rocky Elsom ale to było wszystko na co było stać facetów w złotych barwach.

Zdecydowanie zawiódł Quade Cooper, który nie mając dominującej formacji młyna (jak w poprzednich dwóch meczach) i znajdując się pod ciągłym ciśnieniem ze strony doskonale zorganizowanej defensywy AllBlacks nie potrafił rozkręcić ofensywnej maszyny jaką są Beale, Ioane czy O'Connor. Grający na przeciw niego Dan Carter po profesorsku rozgrywał za to piłkę, dokładając do tego doskonałą grę w obronie i kilka kluczowych szarż.

Przed RWC - NZ 1-0 Australia, a Dan Carter 1-0 Quade Cooper.

czwartek, 4 sierpnia 2011

Okiem laika: dylematy reprezentantów

Powołania na RWC2011 skłoniły mnie do solidnego pogrzebania w przepisach IRB, no bo dziwne było, że w tak konserwatywnej w przyznawaniu obywatelstw Japonii (prawo krwi i prawo ziemi, obywatelstwo najwcześniej po pięciu latach rezydencji i po spełnieniu szeregu surowych warunków, rezygnacja z poprzedniego obywatelstwa) gra aż tylu zawodników urodzonych poza wyspami. W japońskiej piłce nożnej znam tylko jeden przypadek naturalizacji - Alessandro Santosa (mówię o obcokrajowcach spoza kultury orientalnej), Brazylijczyka, który jako nastolatek przybył do Japonii i kompletnie się z nią utożsamiał (obywatelstwo otrzymał po ośmiu latach rezydencji).

Rozwiązanie, jak podejrzewałem, tkwiło w przepisach federacji, i tak też było. Zawodnik może być reprezentantem tylko jednego kraju w całej swojej karierze (żadna niespodzianka w sumie), może to być:
  1. państwo, którego obywatelstwo posiada
  2. państwo, którego obywatelstwo posiada któryś z jego rodziców bądź dziadków (z tego co doczytałem, zawodnik nie musi posiadać tego paszportu, tak jest z Adamem Byrnesem, Australijczykiem, którego dziadkowie byli imigrantami z Rosji, a który dostał powołanie na treningowy obóz reprezentacji Rosji przed RWC2011)
  3. przez 36 ciągłych miesięcy jest rezydentem kraju, w którym chce grać (i gra w tamtejszej lidze)
W ten sposób punkt 2. i 3. rozjaśnił sprawę - w reprezentacjach rugby nie grają tylko osoby z paszportem, ale również zawodnicy z "dziedzictwem" innego kraju czy rezydenci wg przepisów IRB. W ten sposób w reprezentacji Australii i Nowej Zelandii grają urodzeni w Tonga, Samoa czy Fidżi (a nawet w Papui-Nowej Gwinei), lub też Nowozelandczycy w Wallabies. Tym samym sposobem do drzwi reprezentacji Anglii puka Manu Tuilagi, którego brat - Alesana - jest podporą reprezentacji Samoa.

Pytanie, które padnie na pewno od miłośników piłki nożnej brzmi: czy nadal są w tym świecie patrioci, którzy chcą bronić barw ojczystych? Owszem, są, aczkolwiek nie wiem, czy gdyby nie mieli możliwości zmiany, to czy by tego nie zrobili. Takim Ryanem Giggsem norweskiej drużyny rugby jest Erik Lund - syn koszykarza, w młodym wieku przeprowadził się do Anglii, gdzie skończył studia, a w międzyczasie próbował wrestlingu i rugby. W tej ostatniej dyscyplinie czuł się zdecydowanie lepiej i powoli piął się coraz wyżej w drabince ligowej, w 2007 roku podpisując kontrakt z zespołem z Premiership - Leeds. Wcześniej zauważony przez rodzimą federację zadebiutował w reprezentacji Norwegii. Czy przewidywał, że osiągnie kiedyś poziom godny reprezentanta Anglii, choćby na poziomie Saxons - nie wiem, ale na pewno wiedział, że tym ruchem definitywnie zamyka sobie drzwi do niej. A dodać należy, że jego brat - Magnus, urodzony już w Manchesterze - od najmłodszych lat gra w reprezentacjach młodzieżowych Anglii, a nawet ma za sobą występy w pierwszej reprezentacji (i jest reprezentantem olimpijskich siódemek) .

Drugim takim przykładem, choć mniej spektakularnym (Fidżi łapie się do pierwszej 15 rankingu, Norwegia jest 90, za Tajwanem, Andorą czy Maltą) jest Isa Nacewa - ten wszechstronny zawodnik (grał zarówno jako winger/fullback, jak i fly-half, czy inside centre), choć urodzony w Nowej Zelandii, zaakceptował powołanie do zespołu swoich przodków - Fidżi - i zagrał w jednym meczu na RWC2003. Wkrótce później się rozmyślił i stwierdził, że chce jednak grać w All Blacks, co pewnie by mu się udało, bo rozwijał skrzydła w Aukland, ale IRB stwierdziło, że zgodnie z przepisami nie może reprezentować już innego kraju. Nacewa kontynuował karierę w Europie (obecnie gra w Leinster, gdzie również jest czołowym graczem), ale nadal odmawia gry w reprezentacji Fidżi (w 2009 tłumaczył się adaptacją w nowym klubie, a powołanie na RWC2011 odrzucił tłumacząc się opieką nad ciężarną żoną).

Za to zawodnikiem skwapliwie korzystającym z dobrodziejstw przepisów IRB jest bez wątpienia Tim Visser - ten urodzony w Holandii winger, jako nastolatek został zauważony przez skauta z Wysp i wkrótce się tam przeprowadził. Jako dziewiętnastolatek zadebiutował w Premiership, później grał nieco w niższych ligach na wypożyczeniu. Ostatecznie przeniósł się do Edynburga i skutecznie próbuje sił w Celtic League. A w czym przejawia się to jego wyrachowanie? A w tym, że szybko ogłosił, że nie zamierza grać w reprezentacji Holandii, bo chce mieć możliwość grania w którejś z reprezentacji z Wysp (wg 3. punktu przytoczonych wyżej reguł), grając w Anglii mówił, że chce grać w białym trykocie, po przeprowadzce do Edynburga mówi w wywiadach, że liczy na powołanie do kadry Szkocji. I pewnie mu się to uda, tyle że już na nadchodzące mistrzostwa nie zdąży...

Za takie podejście w piłce nożnej kibice by go momentalnie ukamienowali (i holenderscy i szkoccy), a w rugby? Nie wiem, wydaje mi się, że tutaj podchodzi się do tego w zdrowszy sposób: możliwości występu w silnych reprezentacjach nie dostaje się za ładne oczy, a więc raczej odpada motyw wypromowania się celem transferu do lepszego klubu. Więc skąd wynika ta różnica w odbieraniu pochodzenia reprezentantów?

Na szczęście dla takich Giggsów w rugby powstały reprezentacje takie jak Barbarians FC, w których tacy zawodnicy jak trzej bohaterowie wymienieni powyżej mają szansę zagrać na światowym, reprezentacyjnym poziomie, choć jedynie towarzysko.