Powołania na RWC2011 skłoniły mnie do solidnego pogrzebania w przepisach IRB, no bo dziwne było, że w tak konserwatywnej w przyznawaniu obywatelstw Japonii (prawo krwi i prawo ziemi, obywatelstwo najwcześniej po pięciu latach rezydencji i po spełnieniu szeregu surowych warunków, rezygnacja z poprzedniego obywatelstwa) gra aż tylu zawodników urodzonych poza wyspami. W japońskiej piłce nożnej znam tylko jeden przypadek naturalizacji - Alessandro Santosa (mówię o obcokrajowcach spoza kultury orientalnej), Brazylijczyka, który jako nastolatek przybył do Japonii i kompletnie się z nią utożsamiał (obywatelstwo otrzymał po
ośmiu latach rezydencji).
Rozwiązanie, jak podejrzewałem, tkwiło w przepisach federacji, i tak też było. Zawodnik może być reprezentantem tylko jednego kraju w całej swojej karierze (żadna niespodzianka w sumie), może to być:
- państwo, którego obywatelstwo posiada
- państwo, którego obywatelstwo posiada któryś z jego rodziców bądź dziadków (z tego co doczytałem, zawodnik nie musi posiadać tego paszportu, tak jest z Adamem Byrnesem, Australijczykiem, którego dziadkowie byli imigrantami z Rosji, a który dostał powołanie na treningowy obóz reprezentacji Rosji przed RWC2011)
- przez 36 ciągłych miesięcy jest rezydentem kraju, w którym chce grać (i gra w tamtejszej lidze)
W ten sposób punkt 2. i 3. rozjaśnił sprawę - w reprezentacjach rugby nie grają tylko osoby z paszportem, ale również zawodnicy z "dziedzictwem" innego kraju czy rezydenci wg przepisów IRB. W ten sposób w reprezentacji Australii i Nowej Zelandii grają urodzeni w Tonga, Samoa czy Fidżi (a nawet w Papui-Nowej Gwinei), lub też Nowozelandczycy w Wallabies. Tym samym sposobem do drzwi reprezentacji Anglii puka
Manu Tuilagi, którego brat -
Alesana - jest podporą reprezentacji Samoa.
Pytanie, które padnie na

pewno od miłośników piłki nożnej brzmi: czy nadal są w tym świecie patrioci, którzy chcą bronić barw ojczystych? Owszem, są, aczkolwiek nie wiem, czy gdyby nie mieli możliwości zmiany, to czy by tego nie zrobili. Takim Ryanem Giggsem norweskiej drużyny rugby jest
Erik Lund - syn koszykarza, w młodym wieku przeprowadził się do Anglii, gdzie skończył studia, a w międzyczasie próbował wrestlingu i rugby. W tej ostatniej dyscyplinie czuł się zdecydowanie lepiej i powoli piął się coraz wyżej w drabince ligowej, w 2007 roku podpisując kontrakt z zespołem z Premiership - Leeds. Wcześniej zauważony przez rodzimą federację zadebiutował w reprezentacji Norwegii. Czy przewidywał, że osiągnie kiedyś poziom godny reprezentanta Anglii, choćby na poziomie Saxons - nie wiem, ale na pewno wiedział, że tym ruchem definitywnie zamyka sobie drzwi do niej. A dodać należy, że jego brat -
Magnus, urodzony już w Manchesterze - od najmłodszych lat gra w reprezentacjach młodzieżowych Anglii, a nawet ma za sobą występy w pierwszej reprezentacji (i jest reprezentantem olimpijskich siódemek) .
Drugim takim przykładem, choć mniej spektakularnym (Fidżi łapie się do pierwszej 15 rankingu,

Norwegia jest 90, za Tajwanem, Andorą czy Maltą) jest
Isa Nacewa - ten wszechstronny zawodnik (grał zarówno jako winger/fullback, jak i fly-half, czy inside centre), choć urodzony w Nowej Zelandii, zaakceptował powołanie do zespołu swoich przodków - Fidżi - i zagrał w jednym meczu na RWC2003. Wkrótce później się rozmyślił i stwierdził, że chce jednak grać w All Blacks, co pewnie by mu się udało, bo rozwijał skrzydła w Aukland, ale IRB stwierdziło, że zgodnie z przepisami nie może reprezentować już innego kraju. Nacewa kontynuował karierę w Europie (obecnie gra w Leinster, gdzie również jest czołowym graczem), ale nadal odmawia gry w reprezentacji Fidżi (w 2009 tłumaczył się adaptacją w nowym klubie, a powołanie na RWC2011 odrzucił tłumacząc się opieką nad ciężarną żoną).
Za to zawodnikiem skwapliwie korzystającym z dobrodziejstw przepisów

IRB jest bez wątpienia
Tim Visser - ten urodzony w Holandii
winger, jako nastolatek został zauważony przez skauta z Wysp i wkrótce się tam przeprowadził. Jako dziewiętnastolatek zadebiutował w Premiership, później grał nieco w niższych ligach na wypożyczeniu. Ostatecznie przeniósł się do Edynburga i skutecznie próbuje sił w Celtic League. A w czym przejawia się to jego
wyrachowanie? A w tym, że szybko ogłosił, że nie zamierza grać w reprezentacji Holandii, bo chce mieć możliwość grania w którejś z reprezentacji z Wysp (wg 3. punktu przytoczonych wyżej reguł), grając w Anglii mówił, że chce grać w białym trykocie, po przeprowadzce do Edynburga mówi w wywiadach, że liczy na powołanie do kadry Szkocji. I pewnie mu się to uda, tyle że już na nadchodzące mistrzostwa nie zdąży...
Za takie podejście w piłce nożnej kibice by go momentalnie ukamienowali (i holenderscy i szkoccy), a w rugby? Nie wiem, wydaje mi się, że tutaj podchodzi się do tego w zdrowszy sposób: możliwości występu w silnych reprezentacjach nie dostaje się za ładne oczy, a więc raczej odpada motyw wypromowania się celem transferu do lepszego klubu. Więc skąd wynika ta różnica w odbieraniu pochodzenia reprezentantów?
Na szczęście dla takich Giggsów w rugby powstały reprezentacje takie jak Barbarians FC, w których tacy zawodnicy jak trzej bohaterowie wymienieni powyżej mają szansę zagrać na światowym, reprezentacyjnym poziomie, choć jedynie towarzysko.